W połowie lat sześćdziesiątych Ameryka jeździła inaczej. Samochód był nie tylko środkiem transportu, ale deklaracją stylu życia, marzeniem o przygodzie i niezależności. Na tym właśnie tle, w sierpniu 1965 roku, Ford zaprezentował światu coś zupełnie nowego – model Bronco. Nie był to ani klasyczny samochód osobowy, ani ciężarówka, ani jeep w wojskowym stylu. Był czymś pomiędzy. I właśnie ta nieoczywistość sprawiła, że Bronco od razu zwrócił na siebie uwagę.
Technika dla ludzi aktywnych
Bronco I generacji, produkowany od 1966 do 1977 roku, powstał jako odpowiedź Forda na popularność Jeepa CJ-5 i Internationala Harvester Scout. Amerykańskie przedmieścia zaczęły otwierać się na świat poza asfaltem – pojawiło się marzenie o samochodzie, który zawiezie cię na ryby, na polowanie, do lasu, ale i do pracy czy szkoły. Ford chciał wykorzystać tę lukę rynkową. Za projekt odpowiadał Donald Frey – ten sam, który dał światu Mustanga – oraz Lee Iacocca. Jednak w przeciwieństwie do sportowego Mustanga, Bronco miał być twardy jak skała i prosty jak domowy warsztat.
Z technicznego punktu widzenia Bronco był bardzo prostą, niemal surową konstrukcją. Krótkie nadwozie typu wagon, cab lub rzadki roadster, oparto na własnej ramie – nie pożyczonej z pickupa, lecz specjalnie zaprojektowanej. Zawieszenie przednie w układzie C-wahacza z drążkiem Panharda i sztywną osią Dana 30, zawieszone na sprężynach śrubowych – zapewniało niezły komfort i dobre możliwości terenowe. Z tyłu znajdowała się klasyczna oś Forda 9″, zawieszona na resorach piórowych.
Siła prostoty i dźwięk V8
Bronco był oferowany z kilkoma silnikami – początkowo rzędową szóstką 170 cu in (2,8 l), potem także z 200 i 250 cu in, a najważniejszym momentem było wprowadzenie V8 – jednostki 289 cu in, a następnie 302 cu in, która dała autu nie tylko więcej mocy, ale też pożądany przez klientów dźwięk i charakter. Moc była przenoszona na cztery koła przez manualną skrzynię trzy- lub czterobiegową, z dwubiegowym reduktorem. Wszystko było proste, intuicyjne i łatwe w naprawie.
Bronco jako styl życia
Co ciekawe, Ford od samego początku oferował do Bronco bogaty katalog akcesoriów. Można było zamówić wyciągarkę, obrotnice na narty, bagażniki dachowe, klimatyzację, specjalne siedzenia czy nawet… radio CB. Bronco był traktowany nie tylko jako środek transportu, ale jako wehikuł przygody – przedłużenie stylu życia.
Wersje nadwoziowe były trzy. Najbardziej pożądana to tzw. wagon – z twardym, zdejmowanym dachem. Był też half-cab – czyli pickup z jedno- lub dwuosobową kabiną, oraz prawdziwy biały kruk – roadster bez drzwi i dachu, który przez swoją niepraktyczność zniknął z oferty bardzo szybko. Roadsterów wyprodukowano zaledwie kilka tysięcy sztuk i dziś są poszukiwane przez kolekcjonerów.
Autentyczność ponad komfortem
Bronco szybko zyskał reputację auta wytrzymałego, ale też… nieco siermiężnego. Nie był tak komfortowy jak osobówki, nie miał luksusowego wyposażenia. Ale jego urok polegał na tym, że można było nim po prostu ruszyć przed siebie. Na polowanie. W góry. Albo po prostu poza miasto, nie myśląc o asfalcie.
W latach 70. Ford zaczął odchodzić od tej pierwotnej wizji. Bronco rósł, stawał się bardziej komfortowy, zyskiwał więcej elektroniki i detali z pickupa F-100. I choć II generacja (1978–1979) miała swoje uroki – większe gabaryty, mocniejsze silniki, bogatsze wnętrze – to właśnie I generacja do dziś uchodzi za tę najbardziej autentyczną.
Od klasyka do kultowego restomoda
Obecnie Ford Bronco I generacji to jeden z najgorętszych tematów w świecie klasyków. Restomody wykonane przez Velocity, Icon czy Gateway Bronco osiągają na aukcjach astronomiczne kwoty – przekraczające nawet 200 000 dolarów. Współczesna wersja Bronco, wypuszczona po 2020 roku, nawiązuje do stylistyki i ducha oryginału, ale jest już zupełnie innym autem – pełnym elektroniki, asystentów i trybów jazdy. Ma duszę retro, ale nie serce z lat 60.
Ford Bronco 1966–1977 był odpowiedzią na potrzebę wolności. Był synonimem surowej przygody, nieujarzmionej przestrzeni i życia bez planu. Do dziś przypomina, że czasem najpiękniejsze podróże zaczynają się wtedy, gdy kończy się asfalt. A to, co najważniejsze, wcale nie musi być wygodne – wystarczy, że daje poczucie, że żyjesz naprawdę.