Plakat nad łóżkiem
Nie każdy nastolatek lat 80. miał w pokoju zdjęcie Cindy Crawford. Wielu zamiast tego wieszało nad łóżkiem plakat czarnego vana z czerwonym pasem biegnącym przez boki. GMC Vandura w wersji z „Drużyny A” stała się symbolem tamtej dekady – czymś więcej niż samochodem. Była bohaterem, tak samo ważnym jak Face, Hannibal czy B.A. Baracus. To ona wciągała nas w świat przygód, gdzie van stawał się mobilną bazą operacyjną i taranem w jednym.
Amerykańska codzienność
Zanim Vandura zyskała status kultu, była zwyczajnym full-size vanem General Motors. Produkowana od 1971 roku, służyła jako rodzinny wóz, dostawczak i podstawa dla setek przeróbek. Rama na resorach piórowych, prosta konstrukcja, benzynowe silniki V6 i V8 od 4,1 do 6,6 litra. Klasyczny automat, duża przestrzeń i pełna prostota. To był samochód, który mógł przewozić ekipę remontową, drużynę koszykarską albo sprzęt na camping. Na amerykańskich ulicach stał się tak powszechny jak dziś SUV-y.
Telewizja robi z niego gwiazdę
Kiedy w 1983 roku NBC startowało z serialem „The A-Team”, potrzebny był pojazd, który stanie się integralną częścią fabuły. Wybór padł na Vandurę – bo była pojemna, solidna i rozpoznawalna. Styliści nadali jej jednak charakter: czarne nadwozie, matowy przód, czerwona linia wzdłuż karoserii, felgi turbine, spojler dachowy i chromowana osłona chłodnicy. Tak narodziła się Vandura jako bohater popkultury, od razu zapadająca w pamięć widzów.
Tajemnice planu filmowego
W serialu nie używano jednej Vandury, lecz kilku egzemplarzy – każdy przygotowany do innego zadania. Jedne były do scen statycznych i dialogowych, inne wzmacniano do skoków i efektownych pościgów. Najczęściej pod maską pracowało V8 5.7 litra, choć pojawiały się też inne konfiguracje, bo w Hollywood liczyła się wizja, a nie katalog. Co ciekawe, żadna nie miała cudownych gadżetów jak auto Bonda – wszystkie triki to zasługa kaskaderów i ekip od efektów specjalnych.
Ikona lat 80.
Obok DeLoreana z „Powrotu do przyszłości” i KITT-a z „Nieustraszonego”, GMC Vandura stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych samochodów ery VHS. Dzieciaki marzyły, żeby mieć takiego vana, a zabawkowe modele sprzedawały się jak świeże bułeczki. Był czymś innym niż włoskie superauta – nie chodziło o prędkość maksymalną czy luksus. Chodziło o charakter. Vandura była twardzielem w świecie aut, które zaczynały wyglądać coraz bardziej zwyczajnie.
Druga młodość
Dziś oryginalne egzemplarze używane w „Drużynie A” są warte fortunę. Jeden trafił do muzeum samochodów filmowych, inne znajdują się w prywatnych kolekcjach. Pasjonaci budują repliki, które przyciągają tłumy na zlotach. Bo GMC Vandura to wehikuł nostalgii. To przypomnienie czasów, gdy z kasety VHS odpalało się przygody Hannibala i spółki, a zwykły amerykański van stawał się ikoną popkultury.